Co się ze mną działo, co porabiałam, dlaczego mnie chwilę nie było? Spadek aktywności blogerskiej udzielił się nie tylko mnie. Ilekroć zaglądałam do któregoś z moich ulubionych blogerów, jedni byli na urlopie, inni w lesie, a jeszcze inni nad jeziorem. Ale nie mylcie ciszy na blogu z ciszą w moim życiu – co to, to nie. Pracowałam nad wyraz ciężko. Dnie spędzałam pracowicie projektując i dekorując kolejne wnętrza, wieczorami planowałam zmiany w moim domu, aby w wolnych chwilach oddawać się DIY, czyli własnoręcznie stworzonym dekoracjom. I nawet znalazłam kilka minut dziennie, żeby zacząć czytać książkę!


Odmienny stan rzeczy.

Ale ja tu gadu gadu, a Wy pewnie umieracie z ciekawości, jakie zmiany szykują się w moim domu? Mam rację? Na mojej noworocznej liście rzeczy do zrobienia (na której nadal jest mnóstwo nieskreślonych pozycji) były nowe półki/szafki w biurze. Na moich obecnych regałach na ¾ ściany zaczęło brakować miejsca, a książki i papiery od tamtego czasu walają się po całym domu. Pora zabić potwora, czyli przejąć kontrolę nad sytuacją. Usiadłam i zrobiłam listę, czego oczekuję od naszego domowego biura:

Stan biura na dzień dzisiejszy

Stan biura na dzień dzisiejszy

  • dużo miejsca do przechowywania książek, papierów i narzędzi D.
  • ustronne miejsce na drukarkę, radio internetowe i modem (takie, że będą w zasięgu ręki, ale prawie niewidoczne),
  • miejsce na telewizor (D. lubi tu jeść śniadanie oglądając ulubione programy),
  • lepsze oświetlenie – obecnie jest tylko jedno źródło światła: otaczające (więcej o prawidłowym oświetleniu pokoju możecie dowiedzieć się z TEGO posta). Potrzebujemy więcej.
  • dodatkowe miejsce do siedzenia,
  • miejsce na tablicę dart mojego męża,
  • solidna baza neutralnych kolorów ożywiona kolorowymi dodatkami, które łatwo będzie można wymienić,
  • eleganckie detale połączone z odrobiną vintage dla nadania charakteru,
  • tapeta, lampa i Edek muszą zostać. O dywanie, biurku i krześle jeszcze nie zadecydowałam. Jakoś ciężko mi podjąć tę decyzję. Może Wy pomożecie?
Baza kolorystyczna, którą mam w planach.

Baza kolorystyczna, którą mam w planach.

Umówiłam się z moim stolarzem i zamówiłam szafki. Ustaliłam sobie budżet, ile mogę na nie wydać, dlatego postanowiłam, że szafy nie będą drewniane, a z surowego MDFu, który później pomaluję i po którym tak naprawdę nie będzie widać, że to nie drewno. Drzwiczki od szafek zamówiłam bez żadnych zdobień i urozmaiceń. To, co im zaplanowałam w zupełności je ozdobi! Chwilowo zdradzę tylko, że czekam na paczkę z Ameryki i że zawsze, zawsze, zawsze chciałam to mieć!

Tak wyglądały półki dwa lata temu. Dzisiaj prawie ich nie widać pod stertami papierów i książek.

Tak wyglądały półki dwa lata temu. Dzisiaj prawie ich nie widać pod stertami papierów i książek.

Nowe DIY.

Wczoraj udało mi się upolować starą mini-sofę za 70 euro w świetnym stanie (choć znacie mnie i pewnie domyślacie się, że jej takiej nie zostawię) i zardzewiałe nogi metalowego stolika, które znalazłam całkiem przypadkowo przy drodze. To załatwi z powyższej listy punkty o dodatkowym siedzeniu i odrobiną vintage ;)

Jestem tak podjarana całym tym projektem, że pomimo tego, że na szafy będę musiała czekać do września, powoli zamawiam wszystkie potrzebne rzeczy: farby, nowe zasłony, listwy sufitowe... Dzisiaj zakasałam rękawy i ostro wzięłam się do pracy zdzierając warstwy brzydkiego lakieru z ramy sofy i rdzy z nóg stolika. Chodzę nabuzowana energią. Nic mnie tak nie napędza do pracy, jak... praca! Cdn.


Gdzie pojedziemy na wakacje? To pytanie nie schodziło nam z ust od końca maja. Ja chciałam do Szwecji, on w ciepłe kraje. Po raz pierwszy nie mogliśmy zadecydować jak i gdzie spędzimy nasz letni urlop! Tydzień do urlopu... pięć dni... cztery... No to gdzie lecimy? Z decyzją czekaliśmy aż do ostatniej chwili. W niedzielę wylatywaliśmy, ale dopiero w czwartek zabukowaliśmy bilety... A raczej mąż zabukował bez mojej wiedzy. No, niech mu będzie. Szwecja nie zając, nie ucieknie. Sycylio, nadlatujemy!

Plaża Isola Bella

Plaża Isola Bella

Po czterech godzinach lotu, wysiedliśmy z samolotu tylko po to, aby uderzyła nas... fala gorąca. To było podobne do tego, co czuje się podczas wizyty w palmiarni: wchodzimy do nowej strefy i od razu jesteśmy otoczeni ciepłym, klejącym się wręcz powietrzem. Muszę przyznać, że była to bardzo miła odmiana po dość chłodnej i deszczowej Irlandii. Jeden zero dla męża :)

Moje wrażenia z Taorminy

Zatrzymaliśmy się w typowo turystycznym miasteczku – w Taorminie. Położona pomiędzy wybrzeżem, a niskimi górami, była gwarancją cudownych widoków każdego dnia, ale i niezłego treningu: ponieważ Taormina została praktycznie zbudowana na górze, aby gdzieś się dostać trzeba było pokonać mnóstwo schodków lub wchodzić ciągle pod górę lub z górki. Na przykład aby zejść z centrum miasta na plażę można było iść schodami, krętą drogą lub zjechać... kolejką linową.

Za dnia miasteczko turystyczne, wieczorem zamieniało się w rewię mody: na główną ulicę wychodziły setki wystrojonych ludzi w poszukiwaniu restauracji lub kolejnego markowego sklepu. A musicie wiedzieć, że Taormina słynie z obu. Nie mogłam uwierzyć, ze w tak małym mieście jest ponad 90 restauracji! I każda zdawała się być ciągle okupowana klientami. Ale po pierwszym posiłku zdałam sobie sprawę dlaczego – nigdy jeszcze nie jadałam tak pysznej pizzy z wędzonym łososiem, lub tak cudownie pistacjowych lodów! Na samym końcu głównej ulicy odkryliśmy małą knajpkę o nazwie C&G z ręcznie robionymi przysmakami: od rzeczonych lodów, po wszelkie czekoladowe i pistacjowe desery, aż po niesamowicie mocne drinki. Od razu stała się naszą ulubioną i już nigdy nie zamawialiśmy deseru w restauracji: w zamian szliśmy do C&G, tym bardziej, że ilekroć coś kupowaliśmy, dostawaliśmy extra przekąski!

Naszym planem na ten tydzień było wypożyczenie auta i podróżowanie po wyspie. Szybko jednak zrezygnowaliśmy z tego planu: zabrakło nam jaj. Kto kiedykolwiek był na Sycylii, wie dlaczego. Nigdy jeszcze nie widziałam tak szalonych kierowców! Bez zapiętych pasów (po tym od razu można rozpoznać, kto jest turystą, a kto tubylcem), ciągle na telefonie, bez przestrzegania jakichkolwiek przepisów drogowych (nie żartuję!) i przede wszystkim bez używania hamulców (jeżdżących z krętych gór na łeb na szyję). Czyli podsumowując: każdy jeździ, jak mu się podoba. Nie... to nie dla nas. Po Sycylii poruszaliśmy się bezpieczniejszymi autobusami i łodziami. I też dojechaliśmy, gdzie mieliśmy dojechać :)


Sycylia2.jpg

Krajobrazy na wyspie zmieniają się jak w kalejdoskopie: po jednej stronie wulkanu Etna wszystko jest zielone i kwitnące, po drugiej kaktusowe i kamieniste. Coś niesamowitego. Od naszego przewodnika podczas podróży na Etnę dowiedziałam się, że lawa po latach działa jak najlepszy nawóz na świecie: wszystko rośnie większe i smaczniejsze. Teorię tą potwierdziły nasze owocowe zakupy: jeszcze nigdy nie jedliśmy tak pysznych i słodkich czereśni, moreli i nektarynek! Arbuzy i cytryny z kolei były ogromne: ze dwa razy większe od tych, jakie normalnie kupujemy w sklepach. Czułam się jak w raju. Owocowym raju.

Kolejnym niesamowitym przeżyciem była dla nas bliskość wulkanu Etna i Stromboli, które wybuchają co kilka minut. Za dnia widać tylko unoszący się z nich dym, ale wieczorem ‘z bliska’ można podziwiać wydobywające się z nich ogniste łuny.

6 dziwnych faktów, których nauczyłam się o Etnie:

  1.  Ogromnym zaskoczeniem były dla mnie dźwięki wybuchów do złudzenia przypominające te, które słychać podczas burz w ciepłe, letnie dni.
  2. Czy wiedzieliście, że pomimo tego, że oba wulkany nadal są aktywne, u ich podnóża są położone całe wioski i miasteczka? Zapytani o to sycylijczycy odpowiadają, że wiodą tu zbyt dobre życie, żeby się przenosić. Pisałam już o niesamowicie uprawnej ziemi: to ona jest przyczyną, dla której tubylcy żyją tak blisko tej potężnej i nieprzewidywalnej mocy. Myślę, że po tym, jak udało im się oszukać wulkan w latach 90 stali się bardziej pewni siebie... Kiedy wulkan wybuchnął, lawa grubości prawie 10 metrów potrzebowała prawie roku, aby niebezpiecznie zacząć zbliżać się do pobliskiego miasteczka. Inżynierowie zrobili pewien eksperyment, który uratował miejscowych i ich dobytek: od strony miasta przy kraterze wrzucili ogromne bloki betonu, aby od przeciwnej strony wrzucić dynamit. Wypływ lawy został przekierowany w przeciwnym kierunku. Miasto zostało uratowane, ale po dziś dzień widać niezarośnięte jeszcze czarne znaki po tamtej lawie...
  3.  Im bliżej wulkanu, tym inny zapach i smak ma powietrze... Podnóże zarośnięte jest kwitnącymi na żółto krzakami, które nadają powietrzu upajający, słodkawy zapach. Z tej okolicy słyną sycylijskie miody, których można za darmo posmakować w pobliskich sklepach z pamiątkami. Trochę wyżej powietrze staje się bardziej suche o delikatnym posmaku gazu. Jeszcze wyżej robi się zimno i baaaardzo wietrznie. W ciągu dnia zaobserwowaliśmy kilka latających, słomkowych kapeluszy, które wiatr zerwał z głów turystów.
  4. Pozytywnie zaskoczyła mnie ilość Polaków: miałam wrażenie, że byli wszędzie. Pani Kasia za ladą sklepu z pamiątkami (pozwoli Wam wejść do toalety bez opłaty), kierowcy autobusów relaksujący się w knajpkach, turyści... Okazuje się, że Etna jest u nas bardzo popularna :D
  5. Ciekawym zjawiskiem, które zaobserwowałam u podnóża wulkanu to ogromne kokony, które dostrzegłam na drzewach iglastych. Były jasne i wielkości dłoni dorosłego mężczyzny. Zaintrygowały mnie... Cóż to takiego? Czyżby uprawne gleby sprawiły, że to zalążki wielkich szyszek? Nic bardziej mylnego. To kokony gąsienic, które są zmorą okolicznych lasów. Po wykluciu dosłownie zjadają drzewo.
  6. Przy szczycie wulkanu można zaobserwować z daleka białe plamy: to śnieg, który często leży tam cały rok. Zimą, gdy jest go więcej turyści z całego świata zjeżdżają się, aby pojeździć tam na nartach.
Jeden z kraterów wulkanu Etna

Jeden z kraterów wulkanu Etna

Flora pokrywająca kratery

Flora pokrywająca kratery

NIeaktywne kratery i 'księżycowy' krajobraz

NIeaktywne kratery i 'księżycowy' krajobraz

Jednym z najciekawszych i zarazem najpiękniejszych dni był dla nas ten spędzony na łodzi, gdy pływaliśmy po morzu i zwiedzaliśmy dwie pobliskie wysepki: Stromboli i Panarea. Panarea prawie jak raj na ziemi. To jedno z tych miejsc, w które chciałoby się uciec i zapomnieć o świecie: malutkie białe domki, lazurowe morze, przyjaźni tubylcy i cudne, cudne widoki. Przysięgłabym, że w pewnym momencie zobaczyłam Julię Roberts – to tylko potwierdziło moją teorię, że stąd się nie ucieka. Tu się przyjeżdża, żeby uciec.

Ciekawostką o wyspie jest fakt, że nie ma na niej samochodów. Wszyscy poruszają się skuterami lub mini-ciężarówkami, które pełnią różne funkcje: od taksówek aż po samochody dostawcze.

sycylia_podróże_taormina2.jpg
Paranea, Sycylia
Tutaj nawet skrzynki elektryczne są niepowtarzalne!

Tutaj nawet skrzynki elektryczne są niepowtarzalne!

Niemiło zaskoczyła mnie Catania. Nie znalazłam w niej nic godnego uwagi... czy coś mi umknęło? Mnóstwo bloków, zniszczonych budynków i śmieci na ulicach. Ostrzegaliście mnie przed Catanią na Facebooku, gdy zapytałam, które części Sycylii są godne uwagi, ale... chciałam się przekonać na własnej skórze, czy to prawda. Tak, to prawda :) Spędziliśmy tam pół dnia i oprócz pysznego obiadu w przytulnej restauracji przy wybrzeżu (filet z tuńczyka – palce lizać!) nic innego z Catanii nie utkwiło mi w pamięci. Szkoda...

Palermo z kolei poznaliśmy od ‘świętej’ strony... nasza przewodniczka pokazywała nam coraz to kolejne katedry i kościoły... Muszę jednak przyznać, że było co oglądać. Budynki bogate w architektoniczne detale pomieszane były z tymi prostymi, ozdobionymi graffiti. Typowa mieszanka pięknie-brzydko, którą tak często można oglądać w wielkich miastach. Pisałam już o tym po mojej pierwszej wizycie w Londynie. Początkowo nie byłam do tego przekonana, ale im więcej o tym myślałam, tym pewniejsza byłam, że tylko przy brzydkich rzeczach można naprawdę docenić te piękne... Jestem ciekawa co Wy o tym myślicie, oczywiście jeśli jeszcze nie uciekliście przerażeni długością tego posta (to chyba najdłuższy w kilkuletniej historii bloga).

Teraz głos oddaję zdjęciom: one opowiedzą Wam więcej o moim urlopie niż tysiąc słów (a raczej 1252 słowa do tej pory). 

sycylia_podróże_taormina8.jpg
Desery i przekąski w C&G

Desery i przekąski w C&G

Widok na wyspę i wulkan Stromboli

Widok na wyspę i wulkan Stromboli

Stromboli za dnia

Stromboli za dnia

Stromboli wieczorem: dopiero wtedy widać wydobywającą się lawę.

Stromboli wieczorem: dopiero wtedy widać wydobywającą się lawę.

Wyspa Stromboli

Wyspa Stromboli

Mini-ciężarówki są oprócz skuterów jedynym środkiem transportu na wyspach

Mini-ciężarówki są oprócz skuterów jedynym środkiem transportu na wyspach

sycylia_podróże_Panarea8.jpg
Stromboli o zachodzie słońca

Stromboli o zachodzie słońca

Katedra w Palermo

Katedra w Palermo

Katedra w Palermo

Katedra w Palermo

Stare uliczki Palermo... czułam się jak w Brazylii!

Stare uliczki Palermo... czułam się jak w Brazylii!

Palermo
Wybrzeże Taorminy

Wybrzeże Taorminy

Kamienista plaża w Taormina

Kamienista plaża w Taormina

Plaża Isola Bella, Taormina
Teatr Grecki w Taormina, Sycylia
Taormina o wschodzie słońca

Taormina o wschodzie słońca


W pokoju Rickiego w końcu pojawiły się ostatnie detale: półki na książki i zabawki oraz wiklinowe, zawieszane kosze. Pisałam już, że pokój jest dość mały i nie chcąc zabierać dziecku cennej przestrzeni na podłodze, postanowiłam maksymalnie wykorzystać dostępną przestrzeń na ścianach. Mama malucha chciała wykorzystać tu półkę zygzak, którą kupiła jakiś czas temu w Ikea, dlatego postanowiłam wkomponować ją w wymyślony przeze mnie sposób na przechowywanie zabawek. Niestety często się zdarza, że niekoniecznie to, co wymyśliliśmy sobie sprawdzi się w rzeczywistości. Miałam kupić średniej wielkości, miękkie kosze wiklinowe z uchwytami jednak okazało się to trudniejsze, niż się spodziewałam. Nigdzie nie mogłam takowych znaleźć. A uchwyty są mi potrzebne, żeby nie zniszczyć koszów!

Jak zawiesić wiklinowy kosz - zrób to sam

Nie bez powodu mówi się, że potrzeba jest matką wynalazku: postanowiłam wziąć sprawę w swoje ręce. W Ikea kupiłam najzwyklejsze kosze wiklinowe, a w lumpeksie zasłonę z metalowymi krążkami na karnisz. Krążki podważyłam małym śrubokrętem, wyjęłam z zasłony i dodatkowo podważyłam, aby mieć później więcej manewru. W koszyku wycięłam nożyczkami dziurkę. Tutaj moja uwaga: lepiej wyciąć ją za małą i później dociąć, gdzie trzeba, niż wyciąć ją za dużą. Wiklinę wokół dziury delikatnie krok po kroku wciskałam w metalowy krążek upewniając się, że nic nie wystaje po bokach. Gdy krążek był w miejscu, obstukałam go młotkiem. Teraz żaden wieszak na ścianie koszykowi nie będzie straszny!

jak_zawiesić_wiklinowy_koszyk4.jpg

W ten sposób u Rickiego w pokoju zawisły trzy kosze na zabawki. Wierzę, że dzięki nim łatwiej mu będzie utrzymać porządek w pokoju oraz przyjemniej się bawić, gdy wszystko będzie miał pod ręką. Aby jednak nie było zbyt poważnie – wszak to pokój pięciolatka – całość ozdobiłam laserowo wyciętymi, drewnianymi literkami kupionymi na Etsy.

jak_zawiesić_wiklinowy_koszyk.jpg


Tak bardzo spodobał mi się pomysł z użyciem metalowych krążków od zasłon na koszach wiklinowych, że postanowiłam zrobić sobie podobne. A jako, że mamy lato i kwiatów wszędzie jest od groma, mój koszyk (ozdobiony kwiatami, które dostałam w niedzielę od sąsiadki) został zawieszony na drzwiach wejściowych. Teraz jest nietypowo i tak jak lubię – z odrobiną przekory. No bo kto powiedział, że koszów na drzwiach wieszać się nie da? :) 


Zawieszone na ścianie koszyki można użyć na wiele sposobów:

  • -w łazience na kosmetyki lub papier toaletowy,
  • -w sypialni na biżuterię,
  • -w przedpokoju na chusty lub czapki,
  • -w kuchni na sztućce lub owoce lub warzywa, itp.

I to na chwilę koniec dziecięcych pokoi. Ale tylko na chwilę, bo już wkrótce zdjęcia metamorfozy pokoju małej księżniczki :) 


Nie zdążyłam jeszcze dobrze wypocząć po urlopie (!), a już dokonałam kolejnej metamorfozy pokoju, tym razem pięcioletniego chłopca. To rok pełen zmian dla Rickiego – niedawno urodziła mu się siostra, we wrześniu zaczyna szkołę, a zafascynowany starszymi kuzynami, polubił wrestling- to jego pierwsze poważne hobby. ‘Mały’ przestał już być taki mały – zaczął rosnąć tak szybko, że zaczęło brakować mu miejsca w jego dziecięcym łóżku!

Rodzice Rickiego postanowili przenieść go do trochę większego pokoju... tu wkroczyłam ja z moimi pomysłami.  Więcej na ten temat mogliście przeczytać w poście Friday’s Decor Doctor na żywo w pokoju dzieci.

metamorfoza pokoju chłopca

 

Początkowo pokój służył jako sypialnia gościnna/pokój do przechowywania. Oczyszczony z niepotrzebnych rupieci okazał się większy, niż mi się początkowo wydawało! Z największą przyjemnością obserwowałam, jak okropny żółty kolor ściany znika pod kolejnymi ruchami mojego wałka malarskiego. Nowe, szarawe ściany podziałały jak komplement dla ramy łóżka i podłogi: kto by się spodziewał, że mają taki ładny kolor? 

Pokój PRZED

Pokój PRZED

Pokój W TRAKCIE

Pokój W TRAKCIE

Jedna rolka taśmy malarskiej oraz pół godziny malowania – tylko tyle potrzebowałam, żeby namalować centralny punkt wystroju pokoju. To na tym kółku za chwilę przykleję naklejkę ścienną z wizerunkiem ulubionego wrestlersa Rickiego. Jestem coraz bardziej podekscytowana – Ricky w ogóle nie wie, jak będzie wyglądał jego pokój – to niespodzianka. Czy mu się spodoba moja metamorfoza? 

Musiałam zmieścić się w budżecie, dlatego kupiłam najtańszą pościel, jaką mogłam znaleźć – Krakris z Ikea. Narzutę na łóżko wraz z baldachimem uszyłam sama z pomarańczowej tkaniny Sofia z Ikea. Dywan, zasłony oraz pudełka pod łóżkiem są również z tego sklepu. I zanim zapytacie - nie, to nie reklama :) Tak naprawdę jedyną rzeczą, która była kupiona w innym miejscu, to ogromna poduszka ombre na podłodze – upolowałam ją w dziale ogrodniczym w TK&Maxx. 


Jak urządzić pokój chłopca

Pasy na ścianie i dodatkach są użyte specjalnie – oszukują oko do myślenia, że pokój jest szerszy i większy, niż w rzeczywistości. Aby jednak nie zagracać powierzchni podłogi (co dodatkowo potęguje wrażenie przestrzeni), użyłam:

  • pudełek na zabawki, które wsunęłam pod łóżko;
  • półek ściennych;
  • wiklinowych koszów zawieszonych na wieszakach.

Na chwilę obecną pokojowi brakuje tylko rzeczonych półek na ścianie oraz lampy sufitowej: bierzemy się za nie z teściem już za kilka godzin. W międzyczasie pozwoliliśmy Rickiemu zobaczyć jego nowy pokój: co 10 minut wołał z dołu, czy już może wejść na górę, taki był podekscytowany. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia jego miny, gdy wszedł do środka. Zamilkł na chwilę, po czym od razu pokazał palcem na naklejkę ścienną i zawołał ‘wooooow’! Uśmiech nie schodził mu z buzi. O 18 powiedział mamie, że chce już iść spać. To był dla mnie największy komplement: małego nigdy nie można zapędzić do łóżka :D

To był ciężki i pracowity, ale bardzo miły dzień. Takie dnie lubię najbardziej!

Wkrótce więcej zdjęć pokoju: tym razem wykończonego na tip-top (czyli ze wszystkimi detalami, zabawkami i dekoracjami)!

Jak urządzić pokój chłopca

Nikt nie wykazuje się takimi pokładami kreatywności, jak bloger. Ciągle kombinuje, wymyśla, kreuje, tworzy... Pamiętacie powiedzenie „Polak potrafi”? Powinno zostać zmienione na „Bloger potrafi”. Okazuje się, że ja jestem właśnie jednym z tych blogerów. Wszystko zaczęło się od zwykłej, psiej budy...

 

Okazała się tak stara i spróchniała, że zwyczajnie zaczęła się rozpadać. Od znajomych dostaliśmy niedawno nową, starą postanowiliśmy więc w końcu rozebrać na części pierwsze i przeznaczyć zimą na opał. Gdy tylko zobaczyłam postarzane deski jednej ze ścian zaczęłam wyć do księżyca ze szczęścia: cóż za pięknie zniszczone drewno! Idealne do... sesji zdjęciowych!!! 

Nie mogłam jednak przestać o tym myśleć. W internetowych sklepach zaczęłam szukać teł fotograficznych. Okazało się, że te wcale do najtańszych nie należą. A przecież nie trzeba wydawać masy pieniędzy, żeby mieć kreatywne, piękne tło. Najczęściej spryt i odrobina twórczego myślenia wystarczy! Komu jak komu, ale tego akurat żadnemu blogerowi nie brakuje. W ciągu ubiegłych lat użyłam już kilkanaście takich ‘drugich planów’ – od dywanów, ścian, aż po zwykłe kartki papieru. Ale na tym przecież się nie kończy!

Jak ważne do fotografii jest tło wie każdy, kto próbował kiedykolwiek zrobić zdjęcie np. talerzowi ze świeżo upieczonym ciastem (blogerzy kulinarni), nowym kosmetykom (blogerki modowe), czy dodatkom do domu (blogi wnętrzarskie). Ale na tym się nie kończy. Instagram zaczyna stawać się coraz modniejszy, a zwykłe zdjęcia z naszego codziennego życia już nie wystarczą! Followersi szukają inspirujących fotografii pełnych koloru, czy przekazu, dlatego warto od czasu do czasu zrobić kilka przemyślanych zdjęć, zamiast wrzucać kolejne zdjęcie naszego psa czy kota...


Jesteśmy otoczeni masą teł fotograficznych. Czasem sobie nawet nie zdajemy sprawy z tego, że coś tak zwykłego, jak kolorowa chusta może stać się drugim planem naszego zdjęcia, dlatego zrobiłam dla Was listę (ściągę) aż 50 teł, które z łatwością znajdziecie w swoim otoczeniu. Mam nadzieję że zainspiruje Was ona do spojrzenia innym okiem na przedmioty codziennego użytku!

 

50 pomysłów na tło fotograficzne

1.    Duże arkusze papieru
2.    Kolorowe materiały
3.    Deski
4.    Próbki paneli podłogowych
5.    Karteczki samoprzylepne naklejona jedna obok drugiej
6.    Stare gazety/kartki z książek
7.    Mapy
8.    Kwiaty przyklejone do ściany za pomocą taśmy washi
9.    Dywany
10.    Kolorowe tasiemki przywiązanie gęsto do długiego patyka
11.    Światełka świąteczne przyklejone do ściany/deski/itp.
12.    Trawa na łące
13.    Kawałki tapet
14.    Cekinowy kawałek materiału
15.    Krzesło
16.    Płyty winylowe przyklejone do ściany jedna obok drugiej
17.    Marshmallowsy (pianki) zawieszone na kilku żyłkach
18.    Chorągiewki
19.    Ręcznik (lub ręczniki) kuchenne
20.    Ściana (duża deska) pomponów/balonów/papierowych kwiatów
21.    Ściana zrobiona z kolorowych parasoli
22.    Kolorowe bibułki, np. powycinane w fantazyjny sposób
23.    Koronki/ koronkowe firany
24.    Kolorowa brama/drzwi, ściana starego budynku
25.    Pomalowany szablonem papier pakowy
26.    Kartki z motywującymi słowami/kolorowymi obrazkami
27.    Beton
28.    Deska/ściana pomalowana farbą tablicową
29.    Parawan
30.    Półka/wnętrze szafy/szuflady
31.    Podłoga
32.    Biała roleta
33.    Obraz
34.    Obrus/stół/serwetki/talerze
35.    Blacha, np. do pieczenia
36.    Materiałowe girlandy
37.    Kasetony sufitowe
38.    Stosy książek ułożonych obok siebie
39.    Talerze (np. vintage)
40.    Deski do krojenia
41.    Papier do scrapbookingu
42.    Polaroidowe fotografie
43.    Chusty/szale (a nawet koszule! Raz użyłam koszuli męża, jako tło do zdjęć)
44.    Pościel/prześcieradła
45.    Marmurowa deska do krojenia
46.    Taca
47.    Pergamin/ folia aluminiowa
48.    Gałęzie
49.    Paleta
50.    Stare znaki/napisy

Zaletą desek jest możliwość ich malowania na coraz to inne kolory. Ja jedną pomalowałam czarną farbą, którą następnie przetarłam papierem ściernym dla uzyskania postarzanego efektu, resztę zostawiłam chwilowo w naturalnym kolorze. Łatwo je ukryć za drzwiami lub meblami, gdy nieużywane, dlatego deski zostają chwilowo moim ulubionem tłem do fotografii!

PS. Dzisiaj w nocy wróciłam z tygodniowego urlopu na Sycylii. Właśnie zabieram się za uporządkowanie wszystkich moich notatek i zdjęć z podróży, dlatego już niedługo będziecie mogli przeczytać nowy post z moimi wrażeniami z pobytu na tej dość nietypowej wyspie. Stay tuned!