Stało się zwyczajem, a nawet tradycją, że kupno najtańszej komody z Ikea – małej i niepozornej Rast z surowego drewna, wiąże się z jej metamorfozą. Dziesiątki blogerów już próbowało – jedne projekty były mniej, inne bardziej udane. Dzisiaj chcę Wam pokazać, jak ja ją przemieniłam – do Was należy decyzja, czy zrobiłam to z powodzeniem, czy poniosłam klęskę.

Ikea Rast hack DIY

Mebel jest jakby stworzony do kreatywnego myślenia. Cóż nadzwyczajnego może być w zwykłej, niepomalowanej komodzie? Niska cena dodatkowo potęguje chęć zrobienia z nią czegoś niesamowitego: dodania jej nowych uchwytów, przemalowania, małego liftingu...

Poniżej przygotowałam dla Was kilka inspiracji, co możecie z nią zrobić. Kto by pomyślał, że coś tak zwyczajnego może wyglądać tak wspaniale i okazale? 

1. 2. 3. 4.

1. 2. 3. 4.

Ale przejdźmy do rzeczy. Wszyscy jesteśmy tutaj, żeby dowiedzieć się, jak ja przemieniłam moją komodę. Krok pierwszy to złożenie mebla. Mam kilkuletnią wprawę w składaniu ikeowych flatpacków i idzie mi to jak po maśle, choć przyznam Wam się, że nie zawsze mi tak dobrze szło. Jedna z pierwszych szaf, którą kupiliśmy złożyliśmy co do przodu to do tyłu i co na dół to na górze. Nawet nie pytajcie jak... Z tego błędu wyciągnęłam jeden ważny wniosek – instrukcje są po to, aby się z nimi zapoznać. Składanie mebli na oślep jest jak bieganie z opaską na oczy – łatwo się potknąć o najmniejszy kamień lub co gorsza – wpaść na ścianę. Po złożeniu Rast wygląda mniej więcej tak (zauważcie, że nie przymocowałam do niej jeszcze uchwytów):

Komoda Ikea Rast

Kolejnym krokiem jest dorobienie jej nóg i wycięcie dolnego panelu w dekoracyjne kształty, które w efekcie końcowym sprawią, że komoda nie będzie wyglądała tak topornie. Jak tego dokonałam? Nie dokonałam – mój stolarz zrobił to za mnie, za jedyne 20 euro. Aby dorobić komodzie nogi musiał zrobić jej dno, którego oryginalnie nie ma po złożeniu mebla. Dziwne, prawda? No, ale za tą cenę... nie spodziewajmy się za wiele. Tak wyglądała komoda świeżo po przywiezieniu jej od stolarza:

Ikea Rast hack DIY

Pozostała najprzyjemniejsza część przemiany mebla, czyli jego dekoracja. Najpierw pomalowałam go na różowo farbą Duluxa do drewna i metali o satynowym wykończeniu. Komodę pokryłam trzema warstwami farby. Po wyschnięciu dwóch pierwszych warstw delikatnie przetarłam je papierem ściernym dla uzyskania jednolitego, satynowego wykończenia. To ważny etap, jeśli chcecie uzyskać profesjonalnie wyglądający efekt bez smug po wałku czy pędzlu! 

Jak malować meble

Uchwyty zrobiłam z drewnianych kulek, które po pomalowaniu na biało nawlekłam na mocny, syntetyczny sznurek w różowym kolorze, dzięki czemu jest prawie niewidoczny na tle różowych szuflad. Kulki kupiłam w sklepie z artykułami dla artystów, kosztowały tylko kilka euro. Sznurek następnie przewlekłam przez dziury w szufladzie i zabezpieczyłam go małymi śrubkami.

  • Moja uwaga: aby śrubki stały się niewidoczne pomalowałam je różową farbą.
  • Moja uwaga 2: w środku szuflady wystające kawałki sznurka obcięłam i zasupłałam kilkakrotnie dla pewności.

I to w sumie tyle! Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie zrobiła czegoś nietypowego... I tak, po wysunięciu szuflad można zobaczyć coś nietypowego...

To co? Udała mi się ta metamorfoza, czy nie? Czekam na Wasze opinie!

Ikea Rast hack DIY
ikea_rast_hack

Posted
AuthorWioleta Kelly
CategoriesZrób to sam

Z jednej strony dekorowanie pokoju dziecięcego jest dziecinnie łatwe, bo można puścić wodze wyobraźni i trochę zaszaleć, z drugiej maluszek potrzebuje mnóstwa rzeczy! Mobile, przewijaki, miejsce na pieluszki i śliniaki, książki, zabawki, ubranka... Niekończąca się lista najpotrzebniejszych rzeczy. Jak to wszystko pogodzić, gdy na domiar złego pokój jest nie tylko mały, ale i ciemny? Rodzice dziewczynki poprosili mnie, aby pokój był tak urządzony, żeby nie musieli nic w nim zmieniać latami. No, to jest dopiero wyzwanie!

pokoj_dziewczynki_niemowlaka

Dlaczego urządzanie pokoju dziecka jest jak przygotowania do ślubu

Sypialnia trzymiesięcznej Aoify miała być królestwem, w którym panuje żółty i różowy i takim też się stała. Dominujące barwy zostały przełamane dla kontrastu kilkoma turkusowymi i niebieskimi dodatkami: koroną podtrzymującą baldachim, światełkami i wielką literą A, którą zrobiłam ze starych desek. Ale to nie koniec mojej pracy z kontrastami: czy zauważyliście, że korona, litera i wieszaki wyglądają na dość stare, podczas gdy reszta pokoju jest nowa, lśniąca i pachnąca? Dlaczego? Ponieważ przy tak słodkich kolorach łatwo przedobrzyć i sprawić, że całość będzie wyglądała jak plastikowy domek lalki Barbie. Aby tego uniknąć, deski malowałam suchym pędzlem metodą przecierki. Z dekorowaniem cukierkowego pokoju dziecka jest z jak z przygotowaniami do ślubu. Wnętrze musi mieć coś starego, nowego i coś niebieskiego.

pokoj_dziewczynki_niemowlaka

Ograniczony budżet? Trzeba kombinować!

Miałam ściśle wyznaczony budżet, dlatego większość dodatków była z Ikea (baldachim, zasłony i lampy), lumpeksów (lustro i ramki) lub zrobionych przeze mnie. Najdroższymi dodatkami były dywan z Urban Outfitters oraz wieszaki króliczki z Tk&Maxx. Najbardziej dumna jestem jednak z tego, jak wspaniałej metamorfozy udało mi się dokonać na najtańszej komodzie z Ikea: po dorobieniu jej nóg i kulkowych uchwytów (które były zainspirowane kulkami na ramie łóżeczka) oraz pomalowaniu na różowo stała się zupełnie innym meblem. Takie przemiany lubię najbardziej, a komoda Rast nie ma sobie równych, jeśli chodzi o metamorfozy! W zanadrzu mam jeszcze kilka takich pomysłów, ale cierpliwie czekam, aż trafi mi się kolejny klient, kiedy będę mogła je wykorzystać. Za kilka dni zdradzę, jak krok po kroku dokonałam przemiany komody.

Ikea Rast DIY

Pokój królewny: czyli baldachim z koroną

Nieźle nagłowić musiałam się z baldachimem... Na Etsy zamówiłam koronę wyciętą z płyty MDF. Początkowo to do niej chciałam przyczepić baldachim, jednak uświadomiłam sobie, że jeśli dziecko pociągnie za materiał, korona może odczepić się od ściany... Dlatego ostatecznie wszystko ponad łóżeczkiem wisi na własnych hakach: baldachim na jednym, litera i światełka na kolejnych, a korona na zawiasach przyczepionych do ściany. Tutaj moja mała uwaga: jeśli tak jak ja będziecie chcieli ozdobić pokój dziecka światełkami, upewnijcie się, że:

  • nie nagrzewają się, dzięki czemu dziecko uniknie poparzeń, a baldachim przypaleń
  • są na baterie.
Pokój niemowlaka. Róźowo żółty pokój dziecka

W przyszłości rodzice Aoify będą mogli wymienić łóżeczko na pojedyncze łóżko bez potrzeby dokonywania innych zmian. Tylko tyle potrzeba, żeby zamienić pokój niemowlaka w sypialnię dorastającej dziewczynki w dobrze urządzonym pokoju! 

Przewijak na biurku
Lustro w pokoju dziecka
Baldachim. Pokój dziewczynki
Lampka królik
Różowo żółty pokój dziewczynki
pokoj_dziewczynki_niemowlaka2.jpg

Co się ze mną działo, co porabiałam, dlaczego mnie chwilę nie było? Spadek aktywności blogerskiej udzielił się nie tylko mnie. Ilekroć zaglądałam do któregoś z moich ulubionych blogerów, jedni byli na urlopie, inni w lesie, a jeszcze inni nad jeziorem. Ale nie mylcie ciszy na blogu z ciszą w moim życiu – co to, to nie. Pracowałam nad wyraz ciężko. Dnie spędzałam pracowicie projektując i dekorując kolejne wnętrza, wieczorami planowałam zmiany w moim domu, aby w wolnych chwilach oddawać się DIY, czyli własnoręcznie stworzonym dekoracjom. I nawet znalazłam kilka minut dziennie, żeby zacząć czytać książkę!


Odmienny stan rzeczy.

Ale ja tu gadu gadu, a Wy pewnie umieracie z ciekawości, jakie zmiany szykują się w moim domu? Mam rację? Na mojej noworocznej liście rzeczy do zrobienia (na której nadal jest mnóstwo nieskreślonych pozycji) były nowe półki/szafki w biurze. Na moich obecnych regałach na ¾ ściany zaczęło brakować miejsca, a książki i papiery od tamtego czasu walają się po całym domu. Pora zabić potwora, czyli przejąć kontrolę nad sytuacją. Usiadłam i zrobiłam listę, czego oczekuję od naszego domowego biura:

Stan biura na dzień dzisiejszy

Stan biura na dzień dzisiejszy

  • dużo miejsca do przechowywania książek, papierów i narzędzi D.
  • ustronne miejsce na drukarkę, radio internetowe i modem (takie, że będą w zasięgu ręki, ale prawie niewidoczne),
  • miejsce na telewizor (D. lubi tu jeść śniadanie oglądając ulubione programy),
  • lepsze oświetlenie – obecnie jest tylko jedno źródło światła: otaczające (więcej o prawidłowym oświetleniu pokoju możecie dowiedzieć się z TEGO posta). Potrzebujemy więcej.
  • dodatkowe miejsce do siedzenia,
  • miejsce na tablicę dart mojego męża,
  • solidna baza neutralnych kolorów ożywiona kolorowymi dodatkami, które łatwo będzie można wymienić,
  • eleganckie detale połączone z odrobiną vintage dla nadania charakteru,
  • tapeta, lampa i Edek muszą zostać. O dywanie, biurku i krześle jeszcze nie zadecydowałam. Jakoś ciężko mi podjąć tę decyzję. Może Wy pomożecie?
Baza kolorystyczna, którą mam w planach.

Baza kolorystyczna, którą mam w planach.

Umówiłam się z moim stolarzem i zamówiłam szafki. Ustaliłam sobie budżet, ile mogę na nie wydać, dlatego postanowiłam, że szafy nie będą drewniane, a z surowego MDFu, który później pomaluję i po którym tak naprawdę nie będzie widać, że to nie drewno. Drzwiczki od szafek zamówiłam bez żadnych zdobień i urozmaiceń. To, co im zaplanowałam w zupełności je ozdobi! Chwilowo zdradzę tylko, że czekam na paczkę z Ameryki i że zawsze, zawsze, zawsze chciałam to mieć!

Tak wyglądały półki dwa lata temu. Dzisiaj prawie ich nie widać pod stertami papierów i książek.

Tak wyglądały półki dwa lata temu. Dzisiaj prawie ich nie widać pod stertami papierów i książek.

Nowe DIY.

Wczoraj udało mi się upolować starą mini-sofę za 70 euro w świetnym stanie (choć znacie mnie i pewnie domyślacie się, że jej takiej nie zostawię) i zardzewiałe nogi metalowego stolika, które znalazłam całkiem przypadkowo przy drodze. To załatwi z powyższej listy punkty o dodatkowym siedzeniu i odrobiną vintage ;)

Jestem tak podjarana całym tym projektem, że pomimo tego, że na szafy będę musiała czekać do września, powoli zamawiam wszystkie potrzebne rzeczy: farby, nowe zasłony, listwy sufitowe... Dzisiaj zakasałam rękawy i ostro wzięłam się do pracy zdzierając warstwy brzydkiego lakieru z ramy sofy i rdzy z nóg stolika. Chodzę nabuzowana energią. Nic mnie tak nie napędza do pracy, jak... praca! Cdn.


Gdzie pojedziemy na wakacje? To pytanie nie schodziło nam z ust od końca maja. Ja chciałam do Szwecji, on w ciepłe kraje. Po raz pierwszy nie mogliśmy zadecydować jak i gdzie spędzimy nasz letni urlop! Tydzień do urlopu... pięć dni... cztery... No to gdzie lecimy? Z decyzją czekaliśmy aż do ostatniej chwili. W niedzielę wylatywaliśmy, ale dopiero w czwartek zabukowaliśmy bilety... A raczej mąż zabukował bez mojej wiedzy. No, niech mu będzie. Szwecja nie zając, nie ucieknie. Sycylio, nadlatujemy!

Plaża Isola Bella

Plaża Isola Bella

Po czterech godzinach lotu, wysiedliśmy z samolotu tylko po to, aby uderzyła nas... fala gorąca. To było podobne do tego, co czuje się podczas wizyty w palmiarni: wchodzimy do nowej strefy i od razu jesteśmy otoczeni ciepłym, klejącym się wręcz powietrzem. Muszę przyznać, że była to bardzo miła odmiana po dość chłodnej i deszczowej Irlandii. Jeden zero dla męża :)

Moje wrażenia z Taorminy

Zatrzymaliśmy się w typowo turystycznym miasteczku – w Taorminie. Położona pomiędzy wybrzeżem, a niskimi górami, była gwarancją cudownych widoków każdego dnia, ale i niezłego treningu: ponieważ Taormina została praktycznie zbudowana na górze, aby gdzieś się dostać trzeba było pokonać mnóstwo schodków lub wchodzić ciągle pod górę lub z górki. Na przykład aby zejść z centrum miasta na plażę można było iść schodami, krętą drogą lub zjechać... kolejką linową.

Za dnia miasteczko turystyczne, wieczorem zamieniało się w rewię mody: na główną ulicę wychodziły setki wystrojonych ludzi w poszukiwaniu restauracji lub kolejnego markowego sklepu. A musicie wiedzieć, że Taormina słynie z obu. Nie mogłam uwierzyć, ze w tak małym mieście jest ponad 90 restauracji! I każda zdawała się być ciągle okupowana klientami. Ale po pierwszym posiłku zdałam sobie sprawę dlaczego – nigdy jeszcze nie jadałam tak pysznej pizzy z wędzonym łososiem, lub tak cudownie pistacjowych lodów! Na samym końcu głównej ulicy odkryliśmy małą knajpkę o nazwie C&G z ręcznie robionymi przysmakami: od rzeczonych lodów, po wszelkie czekoladowe i pistacjowe desery, aż po niesamowicie mocne drinki. Od razu stała się naszą ulubioną i już nigdy nie zamawialiśmy deseru w restauracji: w zamian szliśmy do C&G, tym bardziej, że ilekroć coś kupowaliśmy, dostawaliśmy extra przekąski!

Naszym planem na ten tydzień było wypożyczenie auta i podróżowanie po wyspie. Szybko jednak zrezygnowaliśmy z tego planu: zabrakło nam jaj. Kto kiedykolwiek był na Sycylii, wie dlaczego. Nigdy jeszcze nie widziałam tak szalonych kierowców! Bez zapiętych pasów (po tym od razu można rozpoznać, kto jest turystą, a kto tubylcem), ciągle na telefonie, bez przestrzegania jakichkolwiek przepisów drogowych (nie żartuję!) i przede wszystkim bez używania hamulców (jeżdżących z krętych gór na łeb na szyję). Czyli podsumowując: każdy jeździ, jak mu się podoba. Nie... to nie dla nas. Po Sycylii poruszaliśmy się bezpieczniejszymi autobusami i łodziami. I też dojechaliśmy, gdzie mieliśmy dojechać :)


Sycylia2.jpg

Krajobrazy na wyspie zmieniają się jak w kalejdoskopie: po jednej stronie wulkanu Etna wszystko jest zielone i kwitnące, po drugiej kaktusowe i kamieniste. Coś niesamowitego. Od naszego przewodnika podczas podróży na Etnę dowiedziałam się, że lawa po latach działa jak najlepszy nawóz na świecie: wszystko rośnie większe i smaczniejsze. Teorię tą potwierdziły nasze owocowe zakupy: jeszcze nigdy nie jedliśmy tak pysznych i słodkich czereśni, moreli i nektarynek! Arbuzy i cytryny z kolei były ogromne: ze dwa razy większe od tych, jakie normalnie kupujemy w sklepach. Czułam się jak w raju. Owocowym raju.

Kolejnym niesamowitym przeżyciem była dla nas bliskość wulkanu Etna i Stromboli, które wybuchają co kilka minut. Za dnia widać tylko unoszący się z nich dym, ale wieczorem ‘z bliska’ można podziwiać wydobywające się z nich ogniste łuny.

6 dziwnych faktów, których nauczyłam się o Etnie:

  1.  Ogromnym zaskoczeniem były dla mnie dźwięki wybuchów do złudzenia przypominające te, które słychać podczas burz w ciepłe, letnie dni.
  2. Czy wiedzieliście, że pomimo tego, że oba wulkany nadal są aktywne, u ich podnóża są położone całe wioski i miasteczka? Zapytani o to sycylijczycy odpowiadają, że wiodą tu zbyt dobre życie, żeby się przenosić. Pisałam już o niesamowicie uprawnej ziemi: to ona jest przyczyną, dla której tubylcy żyją tak blisko tej potężnej i nieprzewidywalnej mocy. Myślę, że po tym, jak udało im się oszukać wulkan w latach 90 stali się bardziej pewni siebie... Kiedy wulkan wybuchnął, lawa grubości prawie 10 metrów potrzebowała prawie roku, aby niebezpiecznie zacząć zbliżać się do pobliskiego miasteczka. Inżynierowie zrobili pewien eksperyment, który uratował miejscowych i ich dobytek: od strony miasta przy kraterze wrzucili ogromne bloki betonu, aby od przeciwnej strony wrzucić dynamit. Wypływ lawy został przekierowany w przeciwnym kierunku. Miasto zostało uratowane, ale po dziś dzień widać niezarośnięte jeszcze czarne znaki po tamtej lawie...
  3.  Im bliżej wulkanu, tym inny zapach i smak ma powietrze... Podnóże zarośnięte jest kwitnącymi na żółto krzakami, które nadają powietrzu upajający, słodkawy zapach. Z tej okolicy słyną sycylijskie miody, których można za darmo posmakować w pobliskich sklepach z pamiątkami. Trochę wyżej powietrze staje się bardziej suche o delikatnym posmaku gazu. Jeszcze wyżej robi się zimno i baaaardzo wietrznie. W ciągu dnia zaobserwowaliśmy kilka latających, słomkowych kapeluszy, które wiatr zerwał z głów turystów.
  4. Pozytywnie zaskoczyła mnie ilość Polaków: miałam wrażenie, że byli wszędzie. Pani Kasia za ladą sklepu z pamiątkami (pozwoli Wam wejść do toalety bez opłaty), kierowcy autobusów relaksujący się w knajpkach, turyści... Okazuje się, że Etna jest u nas bardzo popularna :D
  5. Ciekawym zjawiskiem, które zaobserwowałam u podnóża wulkanu to ogromne kokony, które dostrzegłam na drzewach iglastych. Były jasne i wielkości dłoni dorosłego mężczyzny. Zaintrygowały mnie... Cóż to takiego? Czyżby uprawne gleby sprawiły, że to zalążki wielkich szyszek? Nic bardziej mylnego. To kokony gąsienic, które są zmorą okolicznych lasów. Po wykluciu dosłownie zjadają drzewo.
  6. Przy szczycie wulkanu można zaobserwować z daleka białe plamy: to śnieg, który często leży tam cały rok. Zimą, gdy jest go więcej turyści z całego świata zjeżdżają się, aby pojeździć tam na nartach.
Jeden z kraterów wulkanu Etna

Jeden z kraterów wulkanu Etna

Flora pokrywająca kratery

Flora pokrywająca kratery

NIeaktywne kratery i 'księżycowy' krajobraz

NIeaktywne kratery i 'księżycowy' krajobraz

Jednym z najciekawszych i zarazem najpiękniejszych dni był dla nas ten spędzony na łodzi, gdy pływaliśmy po morzu i zwiedzaliśmy dwie pobliskie wysepki: Stromboli i Panarea. Panarea prawie jak raj na ziemi. To jedno z tych miejsc, w które chciałoby się uciec i zapomnieć o świecie: malutkie białe domki, lazurowe morze, przyjaźni tubylcy i cudne, cudne widoki. Przysięgłabym, że w pewnym momencie zobaczyłam Julię Roberts – to tylko potwierdziło moją teorię, że stąd się nie ucieka. Tu się przyjeżdża, żeby uciec.

Ciekawostką o wyspie jest fakt, że nie ma na niej samochodów. Wszyscy poruszają się skuterami lub mini-ciężarówkami, które pełnią różne funkcje: od taksówek aż po samochody dostawcze.

sycylia_podróże_taormina2.jpg
Paranea, Sycylia
Tutaj nawet skrzynki elektryczne są niepowtarzalne!

Tutaj nawet skrzynki elektryczne są niepowtarzalne!

Niemiło zaskoczyła mnie Catania. Nie znalazłam w niej nic godnego uwagi... czy coś mi umknęło? Mnóstwo bloków, zniszczonych budynków i śmieci na ulicach. Ostrzegaliście mnie przed Catanią na Facebooku, gdy zapytałam, które części Sycylii są godne uwagi, ale... chciałam się przekonać na własnej skórze, czy to prawda. Tak, to prawda :) Spędziliśmy tam pół dnia i oprócz pysznego obiadu w przytulnej restauracji przy wybrzeżu (filet z tuńczyka – palce lizać!) nic innego z Catanii nie utkwiło mi w pamięci. Szkoda...

Palermo z kolei poznaliśmy od ‘świętej’ strony... nasza przewodniczka pokazywała nam coraz to kolejne katedry i kościoły... Muszę jednak przyznać, że było co oglądać. Budynki bogate w architektoniczne detale pomieszane były z tymi prostymi, ozdobionymi graffiti. Typowa mieszanka pięknie-brzydko, którą tak często można oglądać w wielkich miastach. Pisałam już o tym po mojej pierwszej wizycie w Londynie. Początkowo nie byłam do tego przekonana, ale im więcej o tym myślałam, tym pewniejsza byłam, że tylko przy brzydkich rzeczach można naprawdę docenić te piękne... Jestem ciekawa co Wy o tym myślicie, oczywiście jeśli jeszcze nie uciekliście przerażeni długością tego posta (to chyba najdłuższy w kilkuletniej historii bloga).

Teraz głos oddaję zdjęciom: one opowiedzą Wam więcej o moim urlopie niż tysiąc słów (a raczej 1252 słowa do tej pory). 

sycylia_podróże_taormina8.jpg
Desery i przekąski w C&G

Desery i przekąski w C&G

Widok na wyspę i wulkan Stromboli

Widok na wyspę i wulkan Stromboli

Stromboli za dnia

Stromboli za dnia

Stromboli wieczorem: dopiero wtedy widać wydobywającą się lawę.

Stromboli wieczorem: dopiero wtedy widać wydobywającą się lawę.

Wyspa Stromboli

Wyspa Stromboli

Mini-ciężarówki są oprócz skuterów jedynym środkiem transportu na wyspach

Mini-ciężarówki są oprócz skuterów jedynym środkiem transportu na wyspach

sycylia_podróże_Panarea8.jpg
Stromboli o zachodzie słońca

Stromboli o zachodzie słońca

Katedra w Palermo

Katedra w Palermo

Katedra w Palermo

Katedra w Palermo

Stare uliczki Palermo... czułam się jak w Brazylii!

Stare uliczki Palermo... czułam się jak w Brazylii!

Palermo
Wybrzeże Taorminy

Wybrzeże Taorminy

Kamienista plaża w Taormina

Kamienista plaża w Taormina

Plaża Isola Bella, Taormina
Teatr Grecki w Taormina, Sycylia
Taormina o wschodzie słońca

Taormina o wschodzie słońca


W pokoju Rickiego w końcu pojawiły się ostatnie detale: półki na książki i zabawki oraz wiklinowe, zawieszane kosze. Pisałam już, że pokój jest dość mały i nie chcąc zabierać dziecku cennej przestrzeni na podłodze, postanowiłam maksymalnie wykorzystać dostępną przestrzeń na ścianach. Mama malucha chciała wykorzystać tu półkę zygzak, którą kupiła jakiś czas temu w Ikea, dlatego postanowiłam wkomponować ją w wymyślony przeze mnie sposób na przechowywanie zabawek. Niestety często się zdarza, że niekoniecznie to, co wymyśliliśmy sobie sprawdzi się w rzeczywistości. Miałam kupić średniej wielkości, miękkie kosze wiklinowe z uchwytami jednak okazało się to trudniejsze, niż się spodziewałam. Nigdzie nie mogłam takowych znaleźć. A uchwyty są mi potrzebne, żeby nie zniszczyć koszów!

Jak zawiesić wiklinowy kosz - zrób to sam

Nie bez powodu mówi się, że potrzeba jest matką wynalazku: postanowiłam wziąć sprawę w swoje ręce. W Ikea kupiłam najzwyklejsze kosze wiklinowe, a w lumpeksie zasłonę z metalowymi krążkami na karnisz. Krążki podważyłam małym śrubokrętem, wyjęłam z zasłony i dodatkowo podważyłam, aby mieć później więcej manewru. W koszyku wycięłam nożyczkami dziurkę. Tutaj moja uwaga: lepiej wyciąć ją za małą i później dociąć, gdzie trzeba, niż wyciąć ją za dużą. Wiklinę wokół dziury delikatnie krok po kroku wciskałam w metalowy krążek upewniając się, że nic nie wystaje po bokach. Gdy krążek był w miejscu, obstukałam go młotkiem. Teraz żaden wieszak na ścianie koszykowi nie będzie straszny!

jak_zawiesić_wiklinowy_koszyk4.jpg

W ten sposób u Rickiego w pokoju zawisły trzy kosze na zabawki. Wierzę, że dzięki nim łatwiej mu będzie utrzymać porządek w pokoju oraz przyjemniej się bawić, gdy wszystko będzie miał pod ręką. Aby jednak nie było zbyt poważnie – wszak to pokój pięciolatka – całość ozdobiłam laserowo wyciętymi, drewnianymi literkami kupionymi na Etsy.

jak_zawiesić_wiklinowy_koszyk.jpg


Tak bardzo spodobał mi się pomysł z użyciem metalowych krążków od zasłon na koszach wiklinowych, że postanowiłam zrobić sobie podobne. A jako, że mamy lato i kwiatów wszędzie jest od groma, mój koszyk (ozdobiony kwiatami, które dostałam w niedzielę od sąsiadki) został zawieszony na drzwiach wejściowych. Teraz jest nietypowo i tak jak lubię – z odrobiną przekory. No bo kto powiedział, że koszów na drzwiach wieszać się nie da? :) 


Zawieszone na ścianie koszyki można użyć na wiele sposobów:

  • -w łazience na kosmetyki lub papier toaletowy,
  • -w sypialni na biżuterię,
  • -w przedpokoju na chusty lub czapki,
  • -w kuchni na sztućce lub owoce lub warzywa, itp.

I to na chwilę koniec dziecięcych pokoi. Ale tylko na chwilę, bo już wkrótce zdjęcia metamorfozy pokoju małej księżniczki :)